pesland.pl

Subiektywna relacja z IV Oficjalnego Zlotu Pesland - Chańcza 17-19.06.2011

Opadł już kurz, opadły emocje, organizm powoli dochodzi do siebie.
Osobiście już dawno nie byłem tak fizycznie rozbity po 3 dniach… odpoczynku. Relacja z IV Oficjalnego Zlotu Pesland z uwagi, że minął już ponad tydzień (dopiero teraz jestem w stanie zabrać się na przedstawienie relacji) będzie bardziej wyważona i chłodna… 
No może nie do końca, ale posłuchajcie historii  jaka wydarzyła się w województwie świętokrzyskim, dokładnie w Chańczy w dniach 15-17.06.2011 r.

A, że działo się wiele… działo się tak wiele, nie jestem w stanie o tym wszystkim napisać. Szczególnie o zajawkach sytuacyjnych po których leżeliśmy na podłodze, śmiejąc się do rozpuku Pokazuję język. Wspomnienia o tych chwilach pozostaną w głowach i sercach wszystkich uczestników.

Dla mnie zlot zaczął się już wiele wcześniej niż w czerwcu. Przygotowania, ustalenia, sprawdzenie miejsca. Szkoda tylko, że było nas tak mało… jak to często bywa spadek aktywności w kwestii przyjazdu jest wprost proporcjonalny do zmniejszającej się ilości dni do zlotu. O najbardziej kretyńskich sytuacjach związanych z brakiem przyjazdu niektórych osób już nie wspomnę. Bo ani mi się tego nie chce komentować, a stosunek do tego mam… żaden.

Wyjazd z Dolnego Śląska miał być inny niż zawsze. Zawsze w drodze na zlot towarzyszył mi Sam’O Tnosc. Tym razem zastąpił go Kolo… oraz Kosmo!
Obydwóch już znałem całkiem nieźle. Szczególnie Daniela poznanego w trakcie alkoholowych ekscesów w całej Polsce (Kosmo). Z Kolo znam się z piłkarskich potyczek na dolnośląskich murawach. Obaj to swoje chłopiska z którymi można konie kraść, tym bardziej cieszyłem się na tą podróż.
Z Kolo umówiliśmy się we Wrocławiu (mieszkamy w różnych częściach województwa). Koleżka, spóźnił się prawie godzinę z uwagi na środki komunikacji publicznej co spowodowało obsuwę czasową. Umówieni z Kosmo w Krakowie na 9.30, a mając godzinę i 30 minut na dojazd A4, nie byliśmy w stanie się wyrobić. Wyjeżdżaliśmy po 8.00 z Wrocławia.

Sama droga jedyną prawdziwą autostradą byłaby pełną przyjemnością, gdyby nie lamusy jeżdżące lewym pasem… 40 minut spóźnienia, pozwoliły Kosmo na obalenie 2 Leżajsków w parku wśród dziesiątek gołębi obok Okrąglaka! Tak, Okrąglaka… To był nasz punkt orientacyjny. Dla nieświadomych o czym mówię wyjaśniam. Jest to Barbakan Śmiech Dla nas też nie było to tak oczywiste, ale trafiliśmy w punkt.

Planowaną wcześniej kawkę, zastąpił placek po myśliwsku w barze mlecznym, a planowany chill-out 1,5 godzinny bieg po rynku oraz okrążenie Wawelu. Kolo w rozmowach na trzepaku gdy będzie mowa o Smoku Wawelskim nie będzie już zmieniał tematu…

 


Ponownie spóźnienie … tym razem na spotkanie z właścicielem hacjendy spowodowane krakowską wycieczką… zostało spotęgowane remontem drogi którą wybrałem jako zdecydowanie optymalną. Ruch wahadłowy, korek i złamanie przepisów drogowych o 45km/h (wskazanie radaru przez komisarz Cracovia-Pany z Małopolskiej Policji) zastąpiło brak kofeiny oraz chmielu, którym raczyli się panowie K. Piknie Tajemnica

Ostatecznie o 15.00 uregulowaliśmy z właścicielem płatność, dostaliśmy klucze i oficjalnie otworzyliśmy zlot. Fakt, że transakcja była błyskawiczna (ok.  10 sekund) oraz to, że właściciel bez oglądania się w tył wybiegł z domu i odjechał z piskiem opon było dla nas zachowaniem co najwyżej dziwacznym, ale nie wzbudziło w nas niepokoju. Stojąc na środku salonu, w piętrowym domu nie zdawaliśmy sobie sprawy, że historia tej posiadłości powoduje, że w każdym z jego mieszkańców odradzają się pierwotne instynkty, myśli i zachowania. W ciągu tych kilku sekund stania w bezruchu, gdy wszyscy trzech stojąc niemal zahipnotyzowani dziwną aurą tego miejsca pojawił się on… Krwisty Rój

 


Prawdziwa bestia z Łodzi, która tureckie driny wlewa w siebie jak smok wawelski. I tu nie było już pier*****. Od razu zrozumieliśmy, że weekend zapowiada się co najmniej „grubo” a film Las Vegas Parano, który od samego początku był motywem przewodnim zlotu, pasuje jak ulał do naszego spotkania.
W celu ostatecznego zakończenia przygotowań udaliśmy się na większe zakupy, która pozwoliłyby zaspokoić podstawowe potrzeby w ciągu 3 kolejnych dni. Przejechaliśmy się w 10 km podróż do „świątyni” premiera z Gdańska, czyli portugalskiej Joaninha (czyt. Pierdonka) i dokonaliśmy szeregu przedsięwzięć służących konsumpcji. Od papieru toaletowego do musztardy, poprzez hiszpańskie ogórki i zestawy kibica (tacka, kubek, widelec i kielonek), gorące kubki, napoje i inne dobra. Na miejsce zakupu alkoholu wybraliśmy inny dyskont, no bo przeca trzeba lepiej się napić.

Szczęśliwi i zmęczeni ostatecznie wróciliśmy do naszego lokum dokonując ostatecznych oględzin. Czysto teoretycznie dokonaliśmy rezerwacji nor i udaliśmy się rozpocząć konsumpcję chmielu. Nie minęło wiele chwil jak zakończył się wyścig Rzeszów – Dąbrowa Górnicza -> Chańcza. Minimalnie lepszy okazał się Simson prowadzący jakieś mało znane południowo koreańskie bydle. To było coś podobnego do Schelby GT500 … ale znaczek był inny. Dawidziak dosiadający Mazdy 787B, przyjechał dosłownie o 30 sekund później. Szczególnie przyjazd tego pierwszego był zaskoczeniem ponieważ zdecydował się w ostatniej chwili. I dał radę!!! Chwała Ci Simson za to.

Co do charakterystyki obu person to jest zgoła odmienna. Dawidziak zaskoczył wszystkim pogodnym nastawieniem i mega sympatyczną facjatą. Na forum bardzo konkretny, a w rzeczywistości dusza towarzystwa.

Simson natomiast jak to ma w zwyczaju, na wejście wjechał każdemu z kosy… Jeśli o Róju można powiedzieć: Baby Face Killer to Simson siedział w ostatniej ławce w szkole podstawowej z Charlesem Mansonem.

 

Simson po prostu ma taki a nie inny sposób bycia – nie mówi za dużo. Ale jak coś powie to każdy wie o co chodzi.

Po przyjeździe chłopaków rozpoczęła się celebracja pierwszego dnia. Rozłożenie sprzętu (lapek+projektor, a nawet ps3)...

 

... rozłożenie stołu biesiadnego (dość słabej konstrukcji) oraz grilla zajęło chwilę. Grill był gorący więc trzeba było sobie pomóc...

 

 

Oczywiście były i ogórki... (dziękujemy Asiu)

 

 

Żyto w zamrażarce nie zdążyło uzyskać temperatury nawet 19 stopni, a już zaczęło być rozlewane. I wtedy pojawił się on! Jak się potem okazało gwiazda IV Oficjalnego Zlotu Pesland. Flaqson. Niezłomny budowniczy, homosapiens w czystej postaci… ale nie homofob. Mistrz celebracji picia alkoholu, znający każdą przyśpiewkę z polskich stadionów… człowiek orkiestra. Na początku Flaq zaskoczył wszystkich twierdząc: "Z frajerami nie piję!!!"

 

 

W tym momencie rozpoczęliśmy prawdziwe świętowanie. Zmęczeni, utrudzeni, ale jakże szczęśliwi!!!

 

 

No i dopiero wtedy powstał świat… nagle przyszła noc, a ja obudziłem się rano!
Straty niewielkie… chybotliwy stół nie wytrzymał oporu ilości szkła na blacie i legł. Resztki mięsiwa dokończyła miejscowa zwierzyna. Tacki i talerzyki zwiał wiatr, deszcz pozmywał… co miał pozmywać. Ogólnie pozytywnie. Nie wyglądało to tak jak w Adamowie... nie wyglądało to nawet tak jak w Falloucie...

 

No ale, że była 7 rano trzeba było zarządzić pobudkę. Maska na łeb, bejsbol do ręki, w drugiej tara (drewniana) do prania. Uzbrojony przedstawiciel Zunifikowanego Oddziału Melanżerii pObudkowej czyt. ZOMOp był gotowy do akcji. Schody po 10 minutach zostały pokonane, drzwi zostały rozbite, Kolo i Rój zostali pobudzeni do życia, ale drzwi Dawidziaka się nie dały. Dopiero w niedzielę okazało się, że nie miały klamki ponieważ były przesuwne Śmiech. (edit: po napisaniu recenzji dowiedziałem się, że nie do końca tak było... ale nic to Pokazuję język)

Nastąpiło także wspólne budzenie Flaqa...

 

Tak czy siak z samego rana musiało dojść do sklinowania się między bólem… a bólem i można było wyruszyć w standardowy już na zlocie miejscowy trip. Również standardowo na wycieczkę wybrałem się tylko z Kosmo ponieważ pozostali uczestnicy nie pałali ochotą do tak wczesnego wysiłku fizycznego. Rozmowa z kilkoma autochtonami była nader ciekawa i inspirująca. Podobnie jak rozmowa z Danielem i odpoczynek nad jeziorem.

 

 

Kiedy ok. południa zaczynało grzać w głowę co potęgowało komiczny odcinek cykliczny, nastąpił rozkaz o odwrocie. Po czym radiostacja nadała że Flaqu idzie nam na odsiecz. A, że szedł w klapkach (podobnie jak na nocną eskapadę w łaki łany) to naczekaliśmy się strasznie. Sam powrót (kilku kilometrowy) był również ciekawy, ponieważ dochodziło w nim do wielu dyskusji na tematy egzystencjonalne oraz społeczne. Poprzez piękne kwiaty, wspaniałe łąki i pola wracaliśmy żmudnie, a opary alkoholu dawały znać o sobie.

 

 

Zaraz po powrocie nie wiem co się działo, bo udałem się na drzemkę, z której po chwili wybudził mnie Wcrew, który przybył na miejsce. A, co widać na zdjęciu był na wkur**e, to nie mogłem być asertywny...

 

 

No i powróciliśmy do celebrowania… A, że była godz. 14.30 to zapowiadał się dłuuugi dzień. I taki też był. Mistrzem grilla został Dawidziak...

 

 

... na stole zagościła bułgarska Rakija (thx Wcrew), rozpisaliśmy turniej. Wygrał go (chyba) Rój po meczu z Kolo. Kolo się podłożył, ponieważ nagrodą było sprzątanie drugiego dnia Spoko

 

Chłopaki zagrali po chwili rewanż, grając mecz ligowy offline. Z uwagi na patch Kolo zagrał ŁKSem z Lazio i pokonał Rója 3:2!!!

 

 

Wieczór był pełen innych wydarzeń tj. gra w golfa, gra w baseballa, a na koniec oczywiście gra w piłkę. Boso, na pełnowymiarową (chyba) bramkę (w tle), na prawdziwym trawiastym kartoflisku (brawo Dawidziak za szczupaka). Był też football a'la harcore...

 

 

Kiedy alkohol rozlewany był co niemiara, a ściemniało już całkowicie, nastąpił wyjazd po fajki oraz zorganizowaliśmy 5 odcinków specjalnych po miejscowych lasach. Meta była nad jeziorem, a amatorzy nocnego pływania zażywali „nagich kąpieli”. Z uwagi, że skwar był straszny stwierdziliśmy, że ubrania są nam niepotrzebne i w trakcie powrotu pozbyliśmy się części garderoby. Dopiero gdy wstaliśmy rano zrozumieliśmy, że to ten dom nas opętał. Tak jak Cusacka, pokój 1408 (ekranizacja książki Kinga). To on był wszystkiemu winien!

Wyjazd w poszukiwaniu zaginionych skarpet i stringów był nielada wyzwaniem. Znaliśmy jedynie kierunek. Reszta to była tabula rasa i jakieś skrawki w pamięci. Nie wiem jakim cudem ale był to chyba syndrom mlodego08. Natrafiliśmy na gacie Flaka na jednym ze świerków, natomiast po moich spodenkach miejscowi quadowcy zrobili sobie przejazd.
Tak czy inaczej straty były niewielkie, no może oprócz zerwanych elementów podwozia Opla Insignia WRC oraz tony piasku na tylnych siedzeniach.

Niedziela to już dogorywanie przez większość ekipy. Jedynie Kolo, Kosmo i Flaqu kontynuowali zaznajamianie się z papcią chmielem, co pozwoliło im na w miarę ludzkie funkcjonowanie.
Systematycznie w trakcie dnia rozjeżdżaliśmy się do domów.

Ogarnęliśmy chałupę z większego syfu, zbieraliśmy swoje rzeczy chyba z 3 godziny i jako ostatni (ja z Kolo oraz Wcrew z Kosmo) opuściliśmy Chańczę.
Droga do domu była ciężka, ale perspektywa snu w domowych pieleszach pokona wszystko. Dopiero gdy obudziłem się rano poczułem jak jestem zdruzgotany fizycznie. Ale nic to. Najważniejsze jest jednak fakt, że po raz kolejny był to niesamowity, nieziemski i niezapomniany wyjazd jaki może się zdarzyć w tak wspaniałym towarzystwie.

 

Dzięki wielkie Wam Panowie. Wg kolejności alfabetycznej: Dawidziak, Kolo, Kosmo, Rój, Flaqu, Simson oraz Wcrew! Do następnego. To wszystko się działo dzięki Wam!

I na koniec powiem Wam jedno:

 

DO KOLEJNEGO ZLOTU!!!

 

Całość uwiecznił KOSMO za co mu oczywiście serdecznie dziękujemy!!!

 


Logowanie



Gościmy

DZIELĄ I RZĄDZĄ

ADMINISTRATOR:
wcrew

MODERATORZY:
Emilian

Raul

tlenekk

gierkowicz

Polecamy

Liga  Poleć znajomym   Poleć znajomym  PES

JESTEŚ TU Artykuły Social Zloty Subiektywna relacja z IV Oficjalnego Zlotu Pesland - Chańcza 17-19.06.2011