pesland.pl

Subiektywna relacja z III Zlotu PESLAND Adamowo 16-18.07.2010

Tydzień po III Oficjalnym Zlocie Pesland jestem w końcu w stanie napisać coś o naszej imprezie…

Powodów tego stanu jest kilka. Po pierwsze … wreszcie doszedłem do siebie, po drugie moja psycha odpoczęła (brak urlopu od prawie dwóch lat), po wtóre… naszła mnie ochota i jednocześnie zostałem do tego przymuszony…

Na koniec, uważam jednak, że wszystkim Peslandowcom się to po prostu należy!

Dla tych, którzy byli aby przypomnieć te fantastyczne chwile, a tym którzy nie mieli ochoty lub tyle samozaparcia aby dotrzeć… aby skoczył im tzw. gul

 

 

Na wstępie chciałbym wymienić wszystkich bohaterów zlotu. Więc po kolei (kolejność przyjazdu): Kosmo, Raul, Gorek, Jacek, Ledzik, Adi, Wcrew, Prop, Rój, Piter_dbwa oraz moja osoba (tak naprawdę to byłem pierwszy, aby przygotować aperitif). Ojjj, zapomniałbym o Matce ale o tym za chwilę…

Jednogłośnie na maskotkę zlotu został wybrany Rój, który w sobotnią noc pokazał swoje prawdziwe oblicze

Sposób wyboru miejsca zlotu okazał się strzałem w 10 (tzw. strzał z dupy), ponieważ Adamowo okazało się fantastycznym miejscem. Wśród kopalnianych urobków, z dala od cywilizacji, w głębokim lesie, w pobliżu czyściutkiego jeziora od 16 do 18 lipca odgrywały się sceny gorszące, niesmaczne czasami wręcz obrzydliwe … ale jakże przyjemne i zapadające w pamięci.
Więc do rzeczy…

Na miejscu pojawiłem się już w czwartek aby sprawdzić czy czasami nasza chałupa nie jest norą, a dojazd nie jest utrudniony. Moje przypuszczenia okazały się w połowie prawdziwe. Dom okazał się naprawdę przyjemny, ale sam dojazd niemal karkołomny. Przejechanie około 500 metrów leśną piaszczystą drogą bez drogowskazów, szukając posesji było dość skomplikowane biorąc pod uwagę 37 stopni za oknem.

W domu powitała mnie atrakcyjna właścicielka oraz Matka (która stała się bohaterką Zlotu). Panie przekazały mi klucze od posesji, pobrały pokaźną zaliczkę na poczet ewentualnych strat (początkowo wydawało mi się to śmieszne bo nie przewidywałem z tym problemów). W tym momencie rozpocząłem urlop!!! Zlot rozpocząłem od rozpoznania terenu. Na północ 150 m. jezioro, na wschód 200m. knajpa Relaks, dokoła las i łąki. Świetne miejsce na zlot. Nikt nie będzie nam przeszkadzał…

Tego samego dnia ok. godz 21.00 miałem odebrać Kosmo z Konina, który tradycyjnie jechał ukochanym PKP. Miałem więc ok. 3 godzin wolnego. Pstrąg w relaksie, krótki spacer i ten okropny upał… pojechałem wcześniej bo jedynie klima mnie ratowała…

Zaskakująco pociąg Kosmo się nie spóźnił zbytnio, więc mieliśmy nadzieję na zrobienie czegoś wieczorem. Przeszkodą okazał się jednak Kleczew po którym dość długo… błądziliśmy. Coś mi się ubzdurało i pomyliły mi się drogi. Już dawno nie robiłem z siebie takiego debila za kółkiem… Dotarliśmy z Kosmo ok. 23.00 głodni jak wilcy. Odpaliliśmy grilla, otworzyliśmy zimnego Urquela co było oficjalnym rozpoczęciem zlotu. Które to już spotkanie z Romantycznym Listonoszem??? Czwarte, piąte? Uzbierało się tego trochę.





Zmęczeni gorącem i podróżą, zmuleni kiełbasą z efektownym smakiem podpałki, zniesmaczeni milionem latających potworów wielkich jak pięść udaliśmy się spać. Z uwagi na tętniący od gorąca dom, noc nie była przyjemna. Dopiero chłodniejszy (25 stopni – sic!) ranek dał złapać oddech … dosłownie.

Piątek rozpoczęliśmy od pieszej wycieczki po okolicy. W poszukiwaniu drugiego (większego) jeziora zwiedziliśmy okolice, które była naprawdę urokliwe. Jak się potem okazało nasze jeziorko (ok. 4ha) było o wiele czystsze i przyjemne co niezmiernie nas ucieszyło.

Nad jeziorem Budziszewskim (nie tym naszym) dosłownie straszyło...






Szybki powrót był podyktowany kolejną podróżą do Konina. Tym razem po Raula.

Po drodze zwiedziliśmy niesamowitą odkrywkę w okolicach Kleczewa z której surowiec taśmociągami kilkanaście kilometrów jest transportowany do Konina. Niesamowite...




I pociąg „paprykarza” dobił o czasie (!) co pozwoliło nam po zrobieniu zakupów (m.in. siaty ziemniaków, fury mięsa, kiełbasy, dodatków i alkoholu… dużej ilości alkoholu) dotrzeć na miejsce i zapuścić kotwicę na stałe.
Mieliśmy w planach tradycyjny obiad, który sami mieliśmy popełnić… jednak szybki przyjazd Gorka i Jacka pokrzyżował nam plany. Wraz z otwarciem browarków odechciało nam się to totalnie…

W tym momencie wszystko zaczyna mi się zlewać… czasoprzestrzeń zaczęła się zaginać wprost proporcjonalnie do stanu niemal euforycznego wywołanego wyluzowaniem i tzw. chilloutem (jak ja nie lubię tego słowa).

Przyjazd poznaniaków i łodzian dopełnił dzieła.

Ekipa jaka się zebrała była naprawdę morowa. Brakowało kilku osób ale powiem tak: Roj Wam w ... .

Kilka wypitych piw zrobiło swoje, biorąc pod uwagę że inauguracyjna impreza dopiero się zaczynała.

Teraz kilka słów o... Matce. Wlaścicielki domu z uwagi na upał codziennie przyjeżdżały wieczorem podlewać roślinki. Kiedy wszyscy cmokali na efektowną córkę, Kosmo rzucił (tekst zlotu): "Matka nie jest taka zła"

Wieczór to już: zapach karkówki (oryginalna receptura marynaty zrobiła swoje), smak zimnej wódki, świetne towarzystwo, genialny wręcz klimat . Wszystko to spowodowało, że czas płynął niemal błyskawicznie. Podobno był tur, podobno ktoś grał w Pesa… o tym może ktoś inny. Była rozmowa o in-vitro. Były typowo polskie: Ty jesteś ku*** pojeb***w Rój!!!







Towarzystwo bawiło się doskonale a niedobór łóżek nie był problemem. Nocowanie na trawniku (oczywiście na materacach) było wręcz wybawieniem. Niektórym materac nie był potrzebny...







Dopiero komary… bądź zew mieszaniny chmielu, jęczmienia i spalonej kiełbasy wygoniły mnie do środka (dlaczego tam skoro wkoło był las???) . Stan euforyczny zamienił się w _dbwaaaaaaaaa … czego Wam oszczędzę.

Poranek dla niektórych (w tym autora) był dość ciężki...







... a dojść do siebie pozwoliło zmywanie, sprzątanie i mamczenie co po niektórym…Facjaty naprawdę były imponujące:









Poranne byczenie umilało odczytanie przez Kosmo obszernych fragmentów powieści "Noc krabów".

 





Ten absurdalny horror był hitem soboty... tak się pierwotnie nam wydawało.

Kosmo używając genialnej dykcji i niemal klasycznej już intonacji czytał: "Widząc kraba wyłaniającego się z porannej mgły, jeden z bohaterów dokonuje następującego rozumowania: "Chryste! To nie jest krowa. Krowa jest przecież mniejsza. I ma inny kształt."
I na koniec genialne podsumowanie charakteru powieści w postaci zdania wypowiedzianego przez Cliffa, profesora biologii wypowiadanego przez Kosmo było kosmiczne: "Król krabów na to właśnie czekał. Jest on najprzebieglejszym wrogiem, z jakim przyszło się zmierzyć ludzkości".

I tutaj chciałem coś wyjaśnić... starszyzna potraktowała wyjazd jako oderwanie się od rzeczywistości. Zmiana klimatu, męskie grono, brak drugich połówek zdecydowanie pozwolił odreagować. Młodzież natomiast lekko została odizolowana za co przepraszam bo nie było to celowe. Może mi się tylko tak wydawało, ale chciałem o tym napisać.

Tak wyglądało byczenie się:







W perspektywie soboty pozostawał wyjazd na grę w piłkę (do Kleczewa – zlokalizowałem Orlika). Ochota na wyzionięcie ducha w ten ukrop, dotyczyła niewielu w szczególności że wiązało to się z brakiem możliwości sączenia bursztynowego płynu…

… wystarczył jeden… no może dwa argumenty… i Orlik odfrunął w niepamięć. Tymi dwoma argumentami były… po dwie pięćdziesiątki do późnego śniadania które przyniósł Prop w Relaksie. Bursztynowy napój został zastąpiony brunatnym (czarny smok – piwo o smaku kawy z coca-colą i karmelem). Skończyło się na kilku flaszkach, które obaliła starszyzna. Odpowiedzialność nakazała zakończyć szybką imprezę i sprawdzić co u dziatek.

O godzinie trzynastej powolnym, acz finezyjnym krokiem wróciliśmy na bazę ogłaszając że piłkę nożną na trawie zastąpi piłka nożna plażowa… w drodze nad jezioro pomysł uległ modyfikacji. Zapewne z uwagi na stan większości drużyny gdzie fantazja górowała nad racjonalnością. Tym samym tropem poszliśmy już nad samą wodą i drogą ewolucji rozegraliśmy mecz waterpolo!



Drużyna Adamowo Juniors w składzie: Raul, Piter_dbwa oraz Adi versus Rupcie under 100kg w której szeregach wystąpili: Prop, Wcrew oraz moja osoba.

Tak naprawdę to nie było waterpolo ale połączenie rugby, footbalu australijskiego i pes6… tyle że bardziej efektowne. Po około 10 minutowej batalii skrzydłowy Rupci Wcrew po zaliczeniu 3 przyłożeń zszedł (dosłownie) na dno, po czym fala wyrzuciła go na plażę…

W taki sposób Rupcie ograli w derby The Juniors 5:2. Po takim wysiłku byliśmy gotowi na wieczorne zaprawianie.

To co się działo wieczorem to widać doskonale na zdjęciach.





Mimo pozy Raula, długo nie trzeba go było prosić o kielonka :)

Wspomnę tylko, że pojawili się sąsiedzi którzy upraszali o obniżenie o kilkanaście tonów dyskusji. Klub Relaks stał się centrum dyskotekowym Wielkopolski. Po odwiedzinach klubu, zabrakło w nim alkoholu a odchodzący dwaj osiłkowie (Ja i Prop) dzwonili niemal jak szwajcarskie krowy dojne.

Impreza skończyła się niemal jak świniobicie i mordobicie w jednym. Jednym słowem istna rzeźnia.





Poranny widok był zatrważający. Sprzatanie tego bałaganu trwało ok. 2 godzin. Pierwszy raz odkurzałem trawnik ;P Niektórzy pierwszy raz zapewne sprzątali po sobie...





Jednak udało się ukryć większość strat przez właścicielami. Udało się zmyć większość peacock'ów które swoim pióropuszem przepięknie wyglądały w promieniach porannego słoneczka.







Sama niedziela była już dochodzeniem do siebie i dalszym luzackim odpoczynkiem.

Około godz. 15.00 zaczęliśmy się rozjeżdżać. Zdanie bungalowa obyło się bez problemu. Po odwiezieniu Raula i Kosmo do Konina, jechałem ok. 5h do domu w doskonałym humorze i nadziei na jak najszybszy IV Zlot Pesland.

Zostało mi tak do dzisiaj. AVE ZLOTOWICZE!!! Do next!!! Było godnie, klasycznie!!!

Logowanie



Gościmy

DZIELĄ I RZĄDZĄ

ADMINISTRATOR:
wcrew

MODERATORZY:
Emilian

Raul

tlenekk

gierkowicz

Polecamy

Liga  Poleć znajomym   Poleć znajomym  PES

JESTEŚ TU Artykuły Social Zloty Subiektywna relacja z III Zlotu PESLAND Adamowo 16-18.07.2010